czwartek, 13 października 2011

Podróże świadomości - Pierwszy kontakt



Zadanie polegało na tym, że po pokonaniu tej samej drogi jak w poprzednim seansie , choć skróconej, po dotarciu do brzegu morza, miało nastąpić pierwsze realne spotkanie z naszymi duchowymi towarzyszami życia. Miały to być dwie postacie bez określenia, w jakiej postaci się ujawnią. Ten odbiór pozostawiony był naszej fantazji lub sile wyobraźni. Po spotkaniu się z naszymi towarzyszami życia i bardzo ciepłym, pełnym uczucia powitaniu, należało wsiąść z nimi do łodzi i popłynąć na przepiękną palmową wyspą. Po dotarciu do wyspy i spacerze do uroczej laguny, pozostać tam z naszymi owarzyszami i opowiedzieć im o naszym życiu, naszych wrażeniach z przeszłości i teraźniejszości. Po półgodzinnych opowieściach, należało wrócić do łodzi, dopłynąć do brzegu i pożegnać się ciepło z naszymi towarzyszami życia. Już podczas wprowadzenia przez Michaela w tamatykę drugiego seansu, nie mogłam opanować łez wzruszenia na myśl o możliwości spotkania naszych duchowych opiekunów.

Moje wrażenia:

Dotarłam do brzegu, tym razem nie wchodząc do nurtu rzeki, nie dając się w nią wciągnąć. (Tym razem zostaliśmy też uprzedzeni przez Michaela, że jeżeli spotkamy postacie poniżej naszego poziomu, możemy i musimy stanowczo odmówić z nimi kontaktu. Cóż, podczas pierwszego seansu nie wiedziałam o tym i musiałam się męczyć z tymi postaciami diabłów....).
Po dotarciu do brzegu morza z bardzo wytężoną wyobraźnią nie widziałam, lecz wyobraziłam sobie dopływającą łódź i wysiadające z niej dwie postacie. W zalążku wyobraźni widziałam tylko kontury dwóch dużych postaci w długich ciemnobrązowych sukmanach, przewiązanych grubymi żółtymi sznurami. Witając się z nimi płakałam i czułam ogromne ciepło i wdzięczność, że mogłam spotkać moich duchowych opiekunów. Podczas dopływania do wyspy czułam ich obecność, ale ich nie widziałam. Po wyjściu z łodzi złapaliśmy się za ręce i szliśmy wspólnie w kierunku laguny. Czułam się jak dziecko prowadzone przez opiekunów. Dotarliśmy do laguny. Wybrałam sobie dołek, wypełniony ciepła, turkusową wodą. Usiadłam w nim, a moi opiekunowie siedzieli obok mnie. Było mi przykro, że ich nie widzę, tylko czuję ich obecność. Po ponownej informacji Michaela, że prosimy o ponowne objawienie się, poczułam się znacznie lepiej. Wiedziałam już, że ten proces objawienia trwa znacznie dłużej i że musimy o to usilnie prosić. Poprosiłam ponownie i wtedy zmieniła się wizja moich opiekunów. Wtedy pojawiły się postacie biblijne, też tylko kontury, ale przypominające matke boską i jeszcze kogoś (nie rozpoznałam), obie postacie otaczała złota poświata i aureola. Trwało to sekundy, potem nie miałam żadnej wizji, tylko silne uczucie, że moi opiekunowie są przy mnie. Zaczęłam opowiadać o sobie. Moje tragiczne doznania od dzieciństwa do aktualnej sytuacji. Opowiadałam, rzucając właściwie tylko hasła, dokonywałam krótkiej analizy i bardzo, bardzo mocno płakałam. Nie mogłam opanować płaczu. I wtedy moi opiekunowie przytulili mnie mocno. Czułam błogość i rozrzewnienie. Ale było mi niezmiernie smutno, że że cała ludzkość dotknięta jest tragedią i cierpieniem. Czułam się bezsilna, bardzo chcąc nieść pomoc. Czułam się bardzo samotna i osamotniona. Mając męża, własciwie go jednocześnie nie mam, dzieci, najbliższa rodzina, przyjaciele, znajomi. Otaczają mnie wprawdzie, ale mimo to czuję się osamotniona. Wtedy usłyszałam i poczułam, że w tej samotności naziemskiej nie jestem sama. Moi opiekunowie pozwolili mi to odczuć. Odczuć, że są zawsze przy mnie, że naprawdę nie jestem sama. Doznałam uczucia błogości i ulgi. Ulgi i jednocześnie siły. Gdzieś w głębi serca pojawiło się silne uczucie zjednoczenia. Czy uczucie osamotnienia odeszło? Jeszcze nie wiem.  Powrót na ląd i rozstanie połączone było bardzo silnym uczuciem przynależności. Jednak smutno mi było podczas pożegnania. Miałam jednak wrażenie, że nie rozstajemy sie na długo.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz