czwartek, 15 grudnia 2011

Podróże świadomości - Tęcza



Bardzo wieloznaczny seans. Jestem sową, posłaną do Bogów po mądrość. Ten seans był bardzo odmienny od innych. Po raz pierwszy nie byłam w nim sama, lecz z moimi wspóluczestnikami seminarium. W jaskini ujrzałam najpierw moich opiekunów. Tym razem byli to Jezus i Maryja. Zaraz potem ukazała mi się scena z ostatniej wieczerzy. Długi stół, wysokie krzesła. Jezus i Apostołowie zajęci byli dosyć intensywną dyskusją. Ponieważ nie mogłam się skoncentrować na rytuarze przeniesienia świadomości do kuli, podeszłam do Jezusa i podzieliłam się z nim moją rozterką. Natychmiast się mną zajął i pomógł mi się skoncentrować. Uczestniczył w tym procesie i jak już byłam na etapie transformacji świadomości, zamienił mnie w dobrą wróżkę. Poczułam się wspaniale i natychmiast zapragnęłam przyłączyć się do biesiadników. Po podfrunięciu do stołu wieczerzalnego ujrzałam znamienną scenę. Najpierw zobaczyłam skamieniałych Apostolów, przypominających atrapy. Mimo tego obrazu nie przeszła mi moja wielka radość z powodu takiego mojego wcielenia. Z ogromna radością podleciałam do Jezusa i przytuliłam się do niego. Maryję widziałam tylko od czasu do czasu, bardziej sobie jej obecność uświadamiając niż ją realnie widząc.
Ogólnie rzecz biorąc, za każdym razem z dwóch opiekunów, którzy dotychczas mi towarzyszyli, zawsze jeden był bardziej personifikowany i wyraźny. Drugi stał jakby w jego cieniu i był jemu podporządkowany. Tak to odbierałam.
W pewnym momencie zauważylam obecność moich wspóluczestników seminarium, którzy od jakiegoś czasu również siedzieli przy stole wieczerzy. Postacie były niezmiernie wyraźne. Po lewej stronie Jezusa widzialam Chrystiana, który był postacią dominującą w rozmowach, był zresztą bardzo szczęśliwy i rozpromieniony. Obok niego Mara, prześliczna, niemalże anielska. Obok Mary Carsten, jak zwykle spokojny, ale bardzo wyraźnie obserwujący całe towarzystwo. Po prawej stronie Jezusa siedziała Maryja (mogłam to potwierdzić tylko świadomością, nie wizualnie), obok niej Michael, Gabi, Ingeborg oraz Lis. Byłam niezmienie szczęśliwa z faktu, że nareszcie pojawiły się w moim seansie osoby. Dotychczas byłam tylko ja. Radośnie podfrunęłam do każdego i się serdecznie przywitałam. Potem przytulilam się do Gabi serca, bo bardzo chciałam poznać tajemnicę jej talentu malarskiego. Znajdowałam coraz więcej przyjemności w tym towarzystwie. Usiadłam Michaelowi na łysince, czole, nosie i zjeżdzałam z niego jak ze zjeżdzalni na placu zabaw. Bardzo glosno się przy tym śmiałam. Przygladając się Chrystianowi przypomnialam sobie o dręczącym go problemie. Od jakiegoś momentu nie mógł się koncentrować na seansach i nic nie odbierał. Chciałam za wszelką cenę znaleźć przyczynę. Nagle zauważyłam przy nim na stole jakiś żelazny przedmiot. Zaczęłam mu się bardzo uważnie przygladać i nagle spostrzegłam coś w rodzaju kajdanów, metalowe dyby z zębami. Jak ten przedmiot rozpoznałam, pojawiła mi sie natychmiast inna scena. Zobaczyłam Chrystiana w lochu starodawnego zamczyska z jedną nogą przykutą kajdanami i łańcuchem do muru. W tym samym momencie odczułam dźwięki CD rozpoczynające start w kosmos. Nasi goście zaczęli się już przygotowywać do startu. Wiedziałam, że jest to ostatni moment, w którym możemy uwolnić Chrystiana. Zawołałam energicznie całe towarzystwo z prośbą o pomoc w jego uwolnieniu. Wspólnym wysiłkiem wyrwaliśmy ten łańcuch i udalismy się na start. Rzeczywiście, w tym momencie znalazłam sie już sama w próżni. Nie widzialam nic oprócz czerni i niewielkiej ilości gwiazd. Dosyc dlugo znajdowalam sie w tym stanie, wiec poprosilam moich opiekunow o spotkanie z moim przed wieloma laty zmarlym bratem Jarkeim. Pojawil sie, ale nie bylo to tak serdeczne przywitanie, jakiego oczekiwalam. Nie czulam tez jego obecnosci tak, jak powinnam, znajac moje stany emocjonalne zwiazane z jego osoba. Bylam dosyc mocno zaskoczona. I poza tym, Jarek zastapil na jakis czas Maryje, byl przez jakis czas wyraznie jedynym towarzyszem Jezusa. Mialam ogromne pragnienie spotkania moich zmarlych czlonkow rodziny. Tatusia, mamy, dziadkow z obu stron , rodzenstwa rodzicow. Jarek powiedzial mi, ze to wlasciwie nie jest zaprogramowane w moich seansach, ale jesli chce, to moge sie spotkac. Wtedy znalezlismy sie w windzie, w ktorej ponownie spotkalam moich znajomych, winda miala ograniczona przestrzen i czulam wyraznie, ze jest wypelniona po brzegi. Jechalismy do gory. Zatrzymala sie na jakims poziomie, wysiedlismy wtedy znowu w trojke (Jezus, Jarek i ja). Bylo calkiem bialo. Wielka biala sala bez okreslonych przestrzeni, w srodku rozpoznaje moich bliskich, stojacych w grupce, tak jakby zostali wyselekcjonowani specjalnie na to spotkanie. Poznalam wszystkich, ale nie zauwazylam mamy. Zero emocji. Co sie dzieje? Przyblizam sie do nich, witamy sie, ale co sie dzieje? Dlaczego nie placzemy, nie cieszymy sie z tego spotkania? Jak bym byla w innym filmie. Nic nie rozumie. Wydawalo mi sie, ze spotkania ze zmarlymi sa czescia skladowa tych seansow. Mara opowiadala o spotkaniu ze swoja mama, o tym, jak bardzo plakala i jak bardzo bolesne bylo to spotkanie. Co sie dzieje ze mna? Czyzbym byla z kamienia? Nieczula, bez serca? Ale moi najblizsi tez nie okazali wiekszej emocji. To byla projekcja, nie bylo prawdziwego spotkania. Tak sadze. Po tym szoku znalazlam sie juz sama w zupelnie innej scenie. Bylam sowa siedzaca na galezi. Nagle sie od niej oderwalam i polecialam jakims tunelem. Po dosyc dlugim locie znalazlam sie w malowniczej panoramie, z przepiekna tecza. Przelatywalam slalomem pomiedzy poszczegolnymi kolorami teczy, powtorzylam to kilkakrotnie. Nastepnie znalazlam sie chyba w najwyzszych sferach boskich, usiadlam na otwartej dloni chyba naszeg najwyzszego ranga boga, moze jednego z jego dostojnikow. Przynajmniej taka byla atmosfera tej wizji. Siedzialam na dloni i w tym momencie odezwaly sie dzwieki odwrotu. Powrotu do jaskini. Bardzo zalowalam, ze nie moglam spedzic „tam na gorze” wiecej czasu z ta boska postacia. Musialam wracac, oderwalam sie od dloni i wtedy ta boska postac puscila w moim kierunku kule, ktora podnioslam. Pojawily sie tez biale kartki papieru, ktore jakby fruwaly, lagodnie rzucone razem z kula. Powrot do jaskini, powrot do ludzi i na lad. Towarzysza mi Jezus i Maryja. Rozmawiam z jezusem i przypominamy sobie, ze juz raz u mnie byl. Wtedy bylam malym dzieckiem, lezacym w szpitalu z bardzo powaznym poparzeniem. Lezalam pol roku w szpitalu. Mialam dwa i pol roku. Wtedy mnie Jezus odwiedzil i pomogl wyzdrowiec. Tej sceny do dzisiaj nie zapomnialam. Zegnajac sie z moimi toawrzyszami ukleklam i pocalowalam ich w reke. Bylam szczesliwa, ze moglam w ich towarzystwie spedzic tyle czasu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz